Marcin Gienieczko
This page is designed by everywhere-computing

Reportaże, publikacje

Marcin Gienieczko

 

Cegły rozbijane dłonią, drewniane pale łamane na ramieniu, wspinaczka z wiadrami wody. Ból, niewygody, dyscyplina i szczury. Zwykły dzień w klasztorze Shaolin. Zobacz, jak dziś w tym legendarnym miejscu trenują następcy Bruce'a Lee, Jackie Chana i Jeta Li.

Łysy mnich przelatuje tak blisko, że słyszę furkot jego pomarańczowej szaty. Spada na kamienną posadzkę jakieś dwa metry dalej, błyskawicznie skacze na nogi i miauczy coś po chińsku.

Patrzę w stronę, z której nadleciał. Kilka kroków ode mnie stoi grupka ogolonych nastolatków w kolorowych podkoszulkach, którzy z zapałem biją brawo.

"Hello, mister - uśmiecha się jeden z nich, nie przestając klaskać. - Ty cieć ucić się tajemnica kung-fu?"

Oczywiście. W końcu po co miałbym przyjeżdżać do legendarnego klasztoru Shaolin, najstarszej i najlepszej na świecie szkoły walk Wschodu?

Dla mnichów żyjącyh w klasztorze Shaolin kung-fu to praktyka religijna. Nie są sportowcami, lecz strażnikami klasztoru.

W silnym ciele silny duch

Klasztor Shaolin w górach Song w prowincji Henan został wybudowany w 495 roku przez cesarza Xiaowendi z dynastii Wei dla mnicha Batuo. W roku 527, w czasie panowania dynastii Liang, buddyjski książę Da Mo przybył do klasztoru w celu głoszenia nauk religijnych. Wkrótce przekonał się, że wielu mnichów było chorych i słabych.

Jak głosi legenda, po 9 latach medytacji napisał dwa traktaty: "Shi Sui Ching" - o kultywacji buddyjskiego ducha oraz "Yi Gin Ching", który nauczał sztuki wzmacniania ciała. Ten drugi zaczął być powszechnie stosowany w klasztorze - pozwalał zwiększyć siłę mięśni, a także to, co jest określane mianem siły wewnętrznej. Dzięki treningowi mnisi byli w stanie bronić się przed złodziejami i rabusiami.

Z czasów dynastii Tang pochodzi legenda o tym, jak bandyci zaatakowali klasztor i zostali odparci przez mnichów. Pojawia się też historia o 13 mnichach, którzy pomogli Li Shiminowi w walce z innym pretendentem do tronu, która jest kanwą słynnego filmu "Klasztor Shaolin" z Jetem Li w roli głównej.

W roku 1760, po zniszczeniu klasztoru przez Mandżurów, nie odzyskał on już swojej dawnej świetności. Ale rozproszeni mnisi zaczęli nauczać swojego systemu zwykłych ludzi. Nauki te szeroko się rozprzestrzeniały i doprowadziły do powstania wielu dzisiejszych stylów walki. Ale jeszcze 12 lat temu, by dostać się za mury tego szacownego przybytku, musiałbym czekać miesiącami na liczne pozwolenia i przepustki.

Sekrety na sprzedaż

Dzisiejszy klasztor nie jest tak magicznym miejscem, jakie zbudował w naszych głowach przemysł filmowy. Nie trzeba spędzać kilku dni przed murami, by zostać wpuszczonym do środka. Wystarczy kupić bilet i przejść przez kołowrotek. I chociaż komercja pozbawia klasztor jego magii, to sprawność mnichów niezmiennie budzi zachwyt. Za pieniądze można też zobaczyć, jak mnisi łamią cegły, kładą się na ostrych palach, medytują, wisząc na taśmach owiniętych wokół głowy lub popisują się swoją sprawnością.

W założeniach szkoły Shaolin najważniejsza jest koncentracja. Skala talentu ucznia to nic innego, jak skala zdolności koncentracji, która pozwala na uwolnienie siły wewnętrznej. Tego w pierwszej kolejności musi nauczyć się młody adept kung-fu, by móc perfekcyjnie wyszlifować ciało. A to szlifuje się od wieków tymi samymi metodami wielogodzinnym, żmudnym treningiem. Prosty przykład: turyści wjeżdżają do klasztoru kolejką - adepci sztuk walki pokonują 1000-metrową drogę do szczyt pieszo z wiadrami wody.

 

Droga smoka

Teren klasztoru jest podzielony na strefy. I tak mamy na przykład zaułek kung-fu, plac do ćwiczeń pałką kao, skwer, na którym adepci poznają tajemnice władania mieczem, czy tzw. małpi gaj, gdzie prowadzone są ćwiczenia z gimnastyki. W każdym z tych miejsc aż roi się od pomarańczowych szat mistrzów oraz tanich kolorowych podkoszulków nowicjuszy.

Idziemy wzdłuż ogromnego klasztornego muru, mijając kolejne grupy ćwiczących. Po nagrzanej przez słońce ubitej ziemi, wzbijając obłoki rdzawego pyłu, skaczą młodzi adepci kung-fu. Wyskok, obrót, przysiad, wybicie, salto, przysiad, kopniecie w worek. Uff , wystarczy, że na to patrzę, a już jestem zmęczony i mam ochotę na zimne piwo.

Niestety, na terenie klasztoru nie ma mowy o piciu żadnych tzw. napojów procentowych. Zresztą nie ma się co dziwić, podchmieleni wojownicy mogliby pozabijać się nawzajem. Chińczycy chyba znają zagrożenie, jakie niesie zamroczenie alkoholem, bo jednemu z najbardziej skutecznych i niebezpiecznych stylów walki nadali nazwę "pijany mistrz".

W nieprawdopodobnych ekwilibrystycznych figurach i pozach nie ma tajemniczych sekretów skrywanych przez wieki przez mnichów. Jest codzienny wielogodzinny trening, niezależnie od tego, czy pada deszcz, śnieg czy jest upał. Już o piątej rano alejki i uliczki pełne są młodych ludzi noszących wodę, czyszczących posadzki i robiących rozgrzewkę.

Trzy filary mistrzostwa

Sprawność i siła mnichów zbudowana jest na trzech głównych filarach. Po pierwsze, na treningu o dużej intensywności całego ciała. Trening opiera się na powtarzalności wielu ruchów, ale każdego dnia wykonują oni inne ćwiczenia.

Po drugie, na zdobywaniu kolejnych szczytów małym kroczkami. Nie staniesz na jednej ręce po tygodniu treningów, ale po roku może to zrobić praktycznie każdy.

Wreszcie po trzecie - na regularności treningów. Mnisi mają codzienne rytuały, które pomagają im w utrzymaniu elastyczności, regeneracji i sprawności.

Trening i wychowanie w klasztorze Shaolin nie jest bezstresowe. Trener wie najlepiej, na co stać jego podopiecznych, i zrobi wszystko, by to wyegzekować.

Przez ból do doskonałości

O ile w samym klasztorze króluje raczej show-biznes, to wokół młodzi Chińczycy próbują zmienić swoją przyszłość. W 30 szkołach działających w pobliżu klasztoru trenuje około 10 tysięcy nastolatków. Przyjeżdżają wraz z rodzicami ze wszystkich stron Chin, z Szanghaju, Pekinu, ale i z Hongkongu. Sporo jest Azjatów, kilku Europejczyków, Afrykanin. Dziś każdy za odpowiednią sumę można poznać tajniki Shaolin.

Ale nie jest to łatwa szkoła. Na placu obok jeden z mnichów uczy młodzież "ciosu kamienia". Wygląda to tak: mężczyzna bierze w dłonie dwa kamienie, po czym z ogromną siłą zderza ręce. Jeden z kamieni pęka z cichym chrzęstem. Uczniowie biją brawo.

23-letni Wu Zhong Luan, mistrz stylu "z kijem", prowadzi zajęcia z najmłodszymi uczniami. Stosuje metody, które nie spodobałyby się nadopiekuńczym rodzicom. Spoglądam na pięcioletniego chłopca. Ma problemy z saltem w tył. Trener krzyczy i wkłada chłopcu pod kolana bambusowy kij. Pięciolatek wykonuje salto. Udało się!

Ale już za chwilę jeden z nich nie może poradzić sobie ze szpagatem. Wtedy do akcji wkraczają starsi uczniowie. Kładą chłopca na matę i każdy po pięć razy naciska mu na plecy, aż twarzą dotknie ziemi. Nogi muszą być maksymalnie rozchylone. Chłopiec nie kryje bólu.

Ćwiczenie trzeba wykonywać dokładnie. Jeżeli uczeń podniesie rękę o 5 centymetrów za wysoko, dostaje za to surową reprymendę. Przychodzi do pozycji w "na pompkę" i otrzymuje 10 batów w uda. Jeżeli upadnie, czeka go kolejna porcja ciosów. Inni trenerzy stosują bardziej bolesne kary. Wykonują błyskawiczny cios w klatkę piersiową. Jeżeli uczeń jest szybki, może zrobić unik.

Kilka kroków dalej prowadzący zajęcia mnich, w obowiązkowej wersji "orange", demonstruje efektowny wyskok. Uczniowie próbują go naśladować, lecz ich popisy wyglądają żałośnie. Nauczyciel się denerwuje. Podbiega do jednego z młodych Chińczyków i coś krzyczy. Chłopak pada na ziemię, robi pompki, a mistrz chłoszcze jego uda bambusowym kijem. Potem młodzian wraca do grupy.

Chiński masaż

18-letni Wang Lianjin ma dziś sprawdzian. Ubrany w szorty z napisem Shaolin School stoi naprzeciw starszego Czan Luan. Obaj zawodnicy kołyszą się na umięśnionych nogach. Tutej wszystkie chwyty są dozwolone. Pojedynek nastolatków to okrutna bitwa. Ciosy zadaje się nawet poniżej pasa. Pojedynek przeprowadza się bez ochraniaczy i boso.

Czan Luan kopie wysoko okrężnym ruchem. Wykorzystuje nieuwagę przeciwnika, który pozostawił swoją twarz bez gardy. Trafia prosto w policzek. Zamroczony partner pada na matę.

"Co, nie masz sił? Walcz! - krzyczy nauczyciel i uderza ucznia w splot słoneczny. - Jeśli nie chcesz walczyć z nim, bij się ze mną".

Zawodnik ze łzami w oczach, ledwo trzymając się na nogach, podejmuje dalszą walkę. Sparing nie kończy się na "pierwszej krwi". Musi trwać 10 minut  i nikt nie może się poddać przed czasem.

Zmęczeni uczniowie kładą się na maty. Jeden z nich ma problemy z nogą. Uderzając z całej siły w drewnianą belkę bez odpowiedniej koncentracji, uszkodził stopę. Mistrz aplikuje mu chiński masaż, ale mało ma to wspólnego z przyjemnym ugniataniem mieśni. Mocno wbija palce między ścięgna a kość. Chłopiec jęczy z bólu. Po półgodzinie zabiegów wstaje i w podskokach biegnie do grupy.

Być jak Bruce Lee

W szkołach Shaolin nikt nie pyta, czy uprawianie kung-fu sprawia przyjemność. Nie sprawia. Spartańskie warunki, brak toalet, pryszniców, biegające po podłodze szczury mają hartować przyszłego Shaolina. Niedogodności, które tu znosi, są też dla niego przepustką do lepszego świata, w którym można zostać na przykład gwiazdą filmową.

W klasztorze Shaolin towarzyszami przyszłych mistrzów kung-fu są ból, niewygoda i szczury. Nagrodą - przepustka do lepszego świata.

Niedługo w klasztorze będzie festiwal kung-fu. Przyjadą reżyserzy z Hollywood i Hongkongu. Jackie Chan też będzie. A uczniowie i mnisi będą się popisywać, by wyjechać do Ameryki. Jest to życiowa szansa dla młodych chłopców z Shaolin. 18-letni Ma Wenge przynosi plakat z Brucem Lee. „Pojadę do Hollywood, zobaczysz!” - mówi z przekonaniem.

Strona wykonana przez