Marcin Gienieczko
This page is designed by everywhere-computing

Reportaże, publikacje

Reportaż z Laponni:

Idę wolno, ciągnąc za sobą sanki. Oswajam się z samotnością. Dookoła dzikie góry i las. Takiej zimy nie pamiętam nawet z dzieciństwa. Ośnieżone choinki, siarczysty mróz, skrzypiący pod stopami śnieg. Wydaje się, że zza zakrętu wyjadą zaprzęgnięte w renifery sanie ze Świętym Mikołajem.

Szlak prowadzi wzdłuż rzeki Lemmenjoki. Od niej został nazwany największy leśny park narodowy fińskiej Laponii. Teren rezerwatu graniczy z norweskim parkiem Anarjokka. Cisza, aż bolą uszy. Od czasu do czasu pękają gałęzie pod ciężarem białego puchu. Zaczyna prószyć śnieg. Rzadki, delikatny śnieżek to lijesjidh, a ciężki, sypki śnieg, po którym nie da się chodzić, to saevrie. Mokry śnieg, który się nie chce lepić, to sahpah. Podobno w języku lapońskim jest 90 słów na określenie lumi, czyli śniegu. W najdłuższym miejscu park ma 100 kilometrów, a średnia gęstość zaludnienia w Laponii wynosi 2,1 osoby/km2, więc szanse na spotkanie człowieka są znikome. Jedynymi istotami ludzkimi, na które można trafić w tych dzikich ostępach lasów, są przygodni poszukiwacze złota i traperzy. Złoto w fińskiej Laponii jest wydobywane do dziś. Każdy obywatel Finlandii może wydzierżawić od państwa na pięć lat „złotodajną” działkę i szukać swego szczęścia. W czerwcu i lipcu, gdy słońce nie zachodzi za horyzont, dzierżawcy działek przekopują poletka. Wbrew pozorom jest to ciężka i żmudna praca. Za 10 ton urobku gruntu, który ręcznie trzeba przesiać, wypłukuje się ostatecznie 6 gramów złotego piasku. Czasami zdarza się samorodek o wadze kilkunastu czy kilkudziesięciu gramów. Ostatni zawodowy poszukiwacz złota na tych terenach zmarł w 1958 roku w skrajnej nędzy. Po śmierci znaleziono w jego chacie 10 kilogramów cennego kruszcu. Teraz poszukiwacze złota należą już do przeszłości. Choć są jeszcze tacy zapaleńcy, którzy tygodniami w lipcowe dni przeczesują strumienie Parku Narodowego Lemmenjoki.

Wyprawa bezdrożami Laponii zaprowadziła mnie do wioski Kvikkjokk w północnej Szwecji. Te tereny zachodniej Laponii są bardziej porośnięte świerkowym lasem, góry znacznie wyższe. Przypominają krajobraz alpejski. Na skraju tajgi poznaję grupę mężczyzn, którzy właśnie wrócili z gór. Stoją przy swoich skuterach śnieżnych, pijąc wódkę. Wyglądają na typowych ludzi lasu. Ich twarze, nosy i uszy są czerwone od mrozu. Skóra na dłoniach popękana. Zagaduję Rickarda, 34-letniego Lapończyka. Rickard wraz z innymi mężczyznami to kowboje Północy, tak ich się tu nazywa, tyle, że nie zajmują się końmi, lecz reniferami. Rickard od dziecka jest związany z Daleką Północą. Jako kowboj zajmuje się doglądaniem i spędem reniferów z jednych gór w drugie. Za dwie godziny wybiera się daleko na północ. Wraz z innymi kowbojami musi przeprowadzić 3000 reniferów z gór Sareks w mniejsze góry Parku Narodowego Padjelanta. Tam jest więcej pożywienia, gdyż góry graniczą z lasem.

- Mogę jechać z wami? – pytam.

- Teraz? – Rickard patrzy na mnie ze zdziwieniem. – To nie jest łatwa wyprawa.

- No problem – odpowiadam. Mężczyzna bierze łyk wódki. Klepie mnie po plecach, jakbyśmy się znali od wielu lat. Mam dwadzieścia minut na spakowanie.

Ruszamy na skuterach śnieżnych. Jazda takim ryczącym potworem po skutych lodem rzekach i jeziorach jest wspaniałym przeżyciem. Prowadzi się go prosto. Ściskając dłonią dźwignię przy kierownicy, dodajemy gazu i skuter przyspiesza, kiedy ją puścimy – pojazd zwalnia. Jest też hamulec i przyczepiona do ubrania linka bezpieczeństwa, która przerywa pracę silnika, jeśli kierowca „wyleci z siodła”.

Jedziemy 60 kilometrów na godzinę. Przede mną tylko tajga i zasypane śniegiem góry. Trzymam się mocno z tyłu nart biegowych przywiązanych do skutera. Siedzę obok Niklasa, kolegi Rickarda. Droga jest bardzo wyboista, jak to zazwyczaj w terenie górskim. Chociaż śniegu jest dużo, podskakuję jak piłeczka pingpongowa. Skuter z łatwością pokonuje na drodze zasypane duże głazy. Po drodze napotykamy łosie. Stoją i patrzą na nas, jakby pierwszy raz widziały ludzi. Zatrzymujemy się na jeziorze Tata. Każdy kowboj bierze łyk wódki.

- Martin, teraz ty – śmieje się Rickard.

Kowboje z politowaniem spoglądają na moje rękawice.

- W tych rękawicach odmrozisz sobie dłonie – mówi Rickard.

Mattyjas, szwagier Rickarda, zakłada mi jednopalczaste rękawice ze skóry renifera sięgające po łokieć. Oczywiście pod spodem mam jeszcze swoje wełniane. Głowę ogrzewa mi duża czapa z futrem z obu stron. Szerokim szalem zabezpieczam szyję i znaczną część twarzy. Lapończycy mówią, że nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Pędzimy jak wystraszone renifery. Nagle gąsienica zapada się w wodzie. Lód zaczyna pękać. Niklas dodaje gazu. Musimy jednak zejść ze skutera. Rickard i Mattyjas dawno już zniknęli nam z oczu. Próbuję wyciągnąć skuter, trzymając go za przednie płozy. Niklas mierzący 190 centymetrów i mający sporą siłę w swoich dłoniach bezskutecznie szarpie skuter. Ponownie dodaje gazu. Lód sypie się spod gąsienicy. Zakleja nam oczy. Wreszcie resztkami sił wyciągamy skuter z pękającego lodu. O zmroku dojeżdżamy do chaty traperskiej w górach Parte Tiakkla. Miejscowość, w której nocuję, nazywa się Parek. Rickard rąbie siekierą zamrożone mięso renifera. Ja przy piecu skrobię nożem lód z butów. Renifery czuje się tu wszędzie. W chacie unosi się woń tych zwierząt. Na porożach wiszą nasze ubrania. Na pasach kowbojów zauważam wygrawerowane renifery. Pokrowce na noże zrobione są ze skóry tych zwierząt, a rękojeść tych ostrych jak brzytwa lapońskich sztyletów – z ich kości. Wszystko to suszy się nad piecem ozdobionym reniferowym pogłowiem.

Zajadamy się gotowanym i surowym mięsem renifera, które w smaku przypomina polską dziczyznę. Wszystko to popijamy rosołem, oczywiście z renifera. Moi lapońscy towarzysze podróży kruszą kości i wysysają tłusty szpik. Rozmowa schodzi na temat życia na tych śnieżnych pustkowiach.

Mattyjas, choć ma dopiero 22 lata, kontynuuje tradycje swojego ojca i dziadka. Tak jak oni jest kowbojem Północy, uganiającym się po śnieżnych przestrzeniach za reniferami.

- Nie jesteśmy bardzo bogaci, ale za to bardzo szczęśliwi. Jesteśmy wolni – Rickard kładzie akcent na to ostatnie słowo. – Nie musimy pracować codziennie po osiem godzin. Lubimy śnieg, mróz, olbrzymie przestrzenie.

O świcie wyruszamy na spotkanie z wielkim stadem. Siedzę w dużej skrzyni ciągniętej przez skuter Rickarda. Moje miejsce na skuterze zajmuje pies. Śnieg sypie mi w oczy. Dzisiaj jest -30°C. Tak pokazuje termometr zamieszczony na skuterze. Tutaj, wysoko w górach, jest znacznie zimniej niż w lesie. Do tego dochodzi porywisty wiatr, który wyziębia organizm. Skuter pokonuje kolejne metrowe zaspy. Musimy uważać na usypane przez wiatr wały twardego śniegu. Czasami wydaje mi się, że się wywrócimy, ale jakoś zawsze udaje nam się łagodnie podnieść. Rickard raz stoi obiema nogami na lewej płozie, raz na prawej. Umiejętnie manewruje swoim ciężarem ciała. Niklas robi koziołka. Mattyjas zakopuje się w śniegu.

- Nie są jeszcze doświadczeni – mówi Rickard.

Musimy się cofnąć, aby im pomóc. Powoli tracę czucie w stopach. Zjadam kolejną polopirynę, która rozrzedza krew. To na poprawę krążenia. Odnajdujemy trop stada. Rickard obserwuje przez lornetkę pobliskie góry. Ja widzę dookoła tylko biel, on zauważa małe punkciki.

- Martin, spójrz – daje mi lornetkę.

Pięć kilometrów od nas znajduje się wielkie stado liczące 3000 reniferów. Mattyjas i Niklas zostają, my z Rickardem podjeżdżamy bliżej zwierząt. Wystarczy, aby jedno zwierzę się spłoszyło, a całe stado zerwie się do galopu. Zwierzęta rozkopują śnieg. Szukają żywności. Niektóre tarzają się w śniegu. Byki krzyżują między sobą poroża. Rickard obserwuje stado. Widzę w jego oczach troskę.

- Kocham te zwierzaki. Żyję dla nich – wyznaje. Jutro zacznie się spęd. Musimy wracać. W chacie czekamy na kolejnych kowbojów. – Musi nas być co najmniej ośmiu. Z tak dużym stadem w trójkę nigdy byśmy sobie nie poradzili – tłumaczy mi Rickard.

Wieczorem wszyscy się zjeżdżają. Z gór w Parku Narodowym Padjelanta, z Kvikkjokk. Wieczór upływa na doglądaniu skuterów. Dokręcamy poluzowane śruby. Uzupełniamy olej i benzynę. O świcie wszyscy się rozjeżdżają. Musimy otoczyć stado tak, aby się nie rozproszyło. Przy spędzie musi być kontrolowane. Nie można sobie pozwolić na odłączenie choćby dwóch reniferów. Ja z Rickardem i innym kompanem wyruszamy daleko w góry Sareks. Góry te tworzą park narodowy. Po trzech godzinach jazdy Rickard odczepia skrzynię, w której siedzę.

- Musisz tutaj zostać. Nie możesz z nami jechać. Z dodatkowym ciężarem nie wjadę na tę górę – pokazuje palcem.

Zostaję sam na lodowej pustyni. Rickard wraz z kolegą musi jechać, aby zorientować się, gdzie dokładnie jest dzisiaj stado. Robi się zadymka śnieżna. Co parę minut podskakuję raz na jednej nodze, raz na drugiej, by rozgrzać stopy. Wysoko na jednej z przełęczy dostrzegam dwa światełka. To reflektory skuterów. Rickard z kolegą zgania 10 reniferów. Zwierzęta zatrzymują się, aby za chwilę zerwać się do szalonego galopu. Kowboje krzyczą i pogwizdują. Na swoich skuterach uganiają się za bykiem, który przewodzi grupie. Nie mogą pozwolić, aby renifery się rozproszyły. Rickard kontroluje lewą stronę przełęczy, jego kolega prawą. Są jakieś 20 metrów od zwierząt. Niestety przy tak małym stadzie nie może się włączyć do akcji pies Rickarda. Rozproszyłby zwierzęta. Rickard ma problemy ze skuterem. Renifery szybko to wyczuwają. W mgnieniu oka uciekają z kleszczy kowbojów. Mężczyźni dają za wygraną. Renifery są już poza zasięgiem.

– Widziałeś? Nie jest to łatwa praca, ale nie zamieniłbym jej na żadną inną – mówi w chacie Rickard.

Pogoda się pogorszyła i nikt nie wyrusza w góry.

- Nie zobaczymy reniferów – tłumaczy jeden z kowbojów. Czekamy już drugi dzień.

- Każdy pech kiedyś musi się skończyć – patrząc w okno, Richard kręci głową.

Skuter Mattyjasa mocno został uszkodzony w trakcie przeprawy przez góry. Kierowca wyłożył się na dużym głazie. Są problemy z rozrusznikiem. Niestety nie może dalej brać udziału w spędzie, a ja razem z nim. Zbyt mocno obciążam skuter. Przy podjazdach na przełęcze będę osłabiał motor, a renifery na tym skorzystają. Rickard zakłada mi na chustę własnoręcznie zrobiony pierścień z kości renifera. Przypomina harcerską lilijkę.

- Będzie cię strzegł. Pamiętaj tylko: nigdy nie zapomnij o mnie, o kowbojach i Laponii – prosi na pożegnanie.

Istnieje stare lapońskie przysłowie mówiące, że kiedy raz człowiek zachłyśnie się lapońską ziemią, to już nie będzie mógł żyć z dala od niej. To chyba prawda. Od momentu pożegnania baśniowej krainy zastanawiam się, kiedy tu powrócę. Pokochałem Północ!

 

Strona wykonana przez