Marcin Gienieczko
This page is designed by everywhere-computing

Reportaże, publikacje

Dwustu Indian z Mongolii

Bez reniferów Tsaatanowie nie byliby w stanie przeżyć. Kiedy tsaa wyginą ostatecznie, wyginą również Tsaatanowie


Marcin Gienieczko
Korespondencja z Ułan Bator

Tsaatanowie wierzą w swoje pokrewieństwo z reniferami. Kiedy rodzi się Tsaatan, szaman przekazuje mu siłę, odporność i wytrzymałość niezbędną do przeżycia w dzikich górach na północy Mongolii. W północnej Mongolii żyje około 200 Tsaatanów. Mieszkają w płóciennych tipi jak Indianie.
- Chcesz dotrzeć do Tsaatanów? Ludzi reniferów? Nikt dobrze nie wie, gdzie ich szukać - Ariemied wodzi palcem po mapie północnych krańców Mongolii. W Ułan Bator, popijając wódkę Dżyngis-chan, rozważamy szansę powodzenia mojej wyprawy w rodzinne strony Dżyngis-chana. Ariemied, profesor geografii uniwersytetu "ułańskiego", przemierzył Mongolię konno i na wielbłądach. Razem z Purevdorjem, matematykiem, z którym spędziłem kilka dni w przedziale kolei transsyberyjskiej, z politowaniem kiwają głowami nad Polakiem.

Camel Trophy na stepie

Z Ułan Bator wyjeżdżam o świcie. W ruskim busie tłoczę się z dziesięcioma Mongołami. Kierunek Muren, mała osada na skraju tajgi. 700 km bezdroży i dwa dni jazdy w stylu Camel Trophy. Bus podskakuje na stepie. Nie wszystkim wytrzymują żołądki. Podłoga tonie w wymiocinach i w benzynie - kanister nie zniósł tylu podskoków. Obiad w przydrożnej jurcie. W wodzie przeznaczonej do picia pływa końska szczecina. Wolę nie ryzykować. Noc spędzamy na stepie, ściśnięci w busie niczym sardynki w puszce. W ambasadzie mongolskiej w Warszawie powiedziano mi, że w Muren wynajmę konie i przewodnika. Konie i przewodnik są, ale w Chatgal. Do Chatgal wyruszam autem właściciela wytwórni mongolskich jaboli. Za 100-kilometrową jazdę płacę 40 dol., co jak na Mongolię jest sumą astronomiczną. Trasa wydaje się nie do przebycia. Droga tonie w błocie. W tych warunkach dobrze radzą sobie jedynie dzikie wielbłądy. Chatgal leży 40 km od granicy z Rosją i przypomina osady, które wcześniej wdziałem nad Bajkałem. Zamiast jurt drewniane domki z ozdobnymi balustradami. Wioska położona jest nad jeziorem Chubsuguł, największym i najpiękniejszym w Azji Środkowej. Dżyngis-chan ukrył w nim swoje skarby, a "fale tego olbrzymiego mongolskiego morza wyrzucają na brzeg kości wojowniczych chanów". Tak głosi legenda. Nad brzegiem mongolskiego "morza" stoją pordzewiałe pełnomorskie statki. Z jednego z nich schodzi kapitan miejscowej policji. Ledwo trzyma się na nogach. Pokrzykuje w moim kierunku. Odpowiadam uśmiechem, ale to jeszcze bardziej go rozjusza. - A ty szto dumajesz, że tajga bolszaja, że my niczewo nie znajem? A gdzie delegacja twoja, że zdies prijechał? Żąda dokumentów, paszportu. Uspokaja się, kiedy wręczam mu szklankę wódki.
Poranek jest mroźny. Słońce wzbiło się już ponad chmury i oświetla dolinę, pokrytą białym szronem. Koło zagrody stoją moje konie. Wyglądam jak kowboj. Buty kowbojki, duży kapelusz z szerokim rondem. Mój przewodnik przedstawia się: guide - to cała jego angielszczyzna. Na imię ma Boscue i jest typowym człowiekiem tajgi.
Kraj Dżyngis-chana jest górzysty. Znajduję się na wysokości 2 tys. m. Zbocza schodzą do samego brzegu jeziora. Jedziemy wolno. Śnieg topi się pod kopytami. Pokonujemy wyschnięte koryta sezonowych rzek, forsujemy strumienie, nie głębokie, lecz z silnym nurtem. Codziennie przemierzamy 60-80 km. Co jakiś czas zagaduję przewodnika, ile dni będziemy jeszcze jechać. Na co on mi odpowiada za każdym razem: - Nie znaju, nie znaju. Mam wrażenie, że błądzimy. Słupkami milowymi są obo - przydrożne kurhany.

Zapach końskiego łajna

Tajga jest cała przemoczona. Oczy mam opuchnięte ze zmęczenia. Mozolnie posuwamy się zabłoconą ścieżką. Tyłki bolą od siodeł. Od czasu do czasu, aby rozruszać konia, popędzam go do galopu.
Noce są zimne. Temperatura dochodzi do minus siedmiu stopni. Mongołowie to twardzi ludzie - Boscue chrapie na derce obok dogasającego ogniska. Ja, w namiocie i w śpiworze, drżę z zimna. W dzień upał nie do zniesienia. Do tego plaga komarów i bąków. Jedziemy już ponad dwa tygodnie. Przed nami wije się rzeka bez nazwy. Przewodnik został gdzieś w tyle. Szukamy brodu. Nagle mój koń zapada się w mulistej wodzie, spadam z jego grzbietu. Moja odzież z polartecu nasiąka wodą. Robi się tak ciężka, że z trudem mogę podnieść rękę. Na szczęście wszystkie dokumenty wożę zapakowane w prezerwatywy, najlepszy środek wodoszczelny.
Wieczorem docieram do samotnej jurty, stepowego domu mongolskich nomadów. Mieszka w niej stara Mongołka z córkami. Sadzają mnie na honorowym miejscu i tytułują guaj - pan. Na dzikich pustkowiach odwiedziny to rzadkość. Rozsiadam się na wojłokowej podłodze i siorbię posoloną białą herbatę - sute caj. Jedna z córek gospodyni podaje poczęstunek: ser, mleko, masło, kumys. Sfermentowane mleko klaczy jest trochę gorzkawe. Tym razem będę spał w jurcie. Gościnność Mongołów nakazuje, aby gościa ułożyć w jednym ze skrzypiących łóżek.
W pobliżu jeziora Tsagaan Nuur jazda robi się coraz bardziej uciążliwa. Wąwozy, strome zbocza, skalne granie, piekło dla jeźdźca i koni. Pot spływa po twarzach. Nawet błoto ma zapach końskiego potu. Wędrówkę utrudnia śnieg. Koń przewodnika w ogóle już nie chce iść. Boscue zsiada i ciągnie konia za sobą, pokrzykując: ciu, ciu, ciu! Mój siwek zatrzymuje się wyczerpany, daję mu odpocząć kwadrans, gładzę go po czole.

Indianie z Mongolii

Nagle przewodnik krzyczy: - Tsaatan, Tsaatan! Na niewielkiej polanie stoją namioty. Ludzie renifery zapraszają do jednego z nich. Sadzają mnie na skórze renifera. Przynoszą miseczkę z mlekiem renifera. W namiocie suszy się mięso rena. Bez reniferów, tsaa, Tsaatanowie nie byliby w stanie przeżyć w górach. Stada jednak zmniejszają się z roku na rok. Kiedy tsaa wyginą ostatecznie, wyginą również Tsaatanowie. Ludzie ci wierzą w swoje pokrewieństwo z reniferami. Dusze reniferów są według nich tak samo nieśmiertelne jak ludzkie. Kiedy rodzi się Tsaatan, szaman przekazuje mu cechy renifera. Kiedy Tsaatan umiera, renifery zabierają jego duszę w ostatnią podróż. Grupa, do której dotarłem, to 30 ludzi i 80 renów. Nie mieszkają w jurtach jak Mongołowie, ale w płóciennych tipi, zwanych cum, jak Indianie. Dlatego bywają nazywani Indian Mongol. Mieszkańcy indiańskiej wioski ubrani są w tradycyjne chałat deli przepasane jedwabnymi pasami. Na głowie noszą czapeczki - małagaj. Dookoła dzikie góry i las. - Musimy się często przenosić z obozem, gdyż renifery potrzebują świeżej trawy. Jak widzisz, tutaj dookoła jest wszędzie wyskubana - śmieje się młody Tsaatan. Z przyjaznej pogawędki dowiaduję się, że renifery przepadają za ludzką uryną. Prawdopodobnie ze względu na dużą ilość soli. Tsaatanowie nie są buddystami. Kultywują szamanizm - boe. Są jednym z ostatnich ludów, które pozostały przy tych archaicznych wierzeniach.

Ratować konia

Powrotna droga ma być prostsza. Tym razem przecież wiemy dokładnie, dokąd chcemy jechać. Niestety jedna z przepraw okazuje się fatalna. Niespodziewanie konie zapadają się w mulistej wodzie. Toną. Wyciągam z bagna konia jucznego, a Boscue walczy o życie swojego wierzchowca. Koń ciężko dyszy. Im bardziej się szarpie, tym głębiej się zapada. Przywiązujemy go sznurem do konia jucznego, ale to nie pomaga. Powoli tracimy siły i wiarę w uratowanie zwierzęcia.
Ze 3 km przed tą niefortunną przeprawą widzieliśmy pasterzy. Biegnę do nich po pomoc. Przez tajgę, resztkami sił. W bagnie zgubiłem buty. Wpadam do jurty, krzyczę: - Margaś, margaś! w przekonaniu, że to znaczy "koń". Wsadzam głowę do miski z wodą i bulgoczę. Chcę, żeby zrozumieli, że trzeba pomóc tonącemu zwierzęciu. Mongołowie patrzą na mnie ze zdumieniem, po co ten bosy Europejczyk krzyczy: jutro, jutro! Po kilku minutach udaje mi się przekonać ich na migi, żeby pobiegli ze mną.
Wspólnie z pasterzami ciągniemy konia za przednie nogi, by ostatnimi siłami mógł się choć trochę wybić z grzęzawiska. Wierzchowiec jest zupełnie zdrętwiały. Siodło, które nasiąkło wodą, wywierciło w jego grzbiecie olbrzymią dziurę. Rój komarów i much lepi się do rany. Dwie godziny później koń padnie martwy, a Boscue powie do mnie: Polsz-Mongol - charaszo!

Strona wykonana przez