Marcin Gienieczko
This page is designed by everywhere-computing

Reportaże, publikacje

Marcin Gienieczko: Reportaż

W poszukiwaniu źródła Leny

Było to dawno temu. Miałem wówczas dwadzieścia trzy lata i odkrywałem czar wielkiej puszczy. To właśnie na Syberii zakochałem się w olbrzymich przestrzeniach Północy. Wówczas nawet nie marzyłem, że kiedyś postanowię samotnie spłynąć canoe Leną, aż po ujście. Było to wówczas nieosiągalne. Tak dalekie, jak lot w kosmos. Gdyż wtedy, w trakcie włóczęgi po Syberii, dojrzewałem do bycia podróżnikiem. W pamięci przychodzą wspomnienia z przeprawy do źródeł Leny w 2001 roku.

Wczytuję się w dziennik, który pisałem tamtego lata. Syberia Przybajkalska. Podróżujemy Leną. Nasza łódź płynie meandrami ciemnego lasu. Piesze etapy pokonujemy przez dziewiczą tajgę, rwące rzeki, góry Bajkalskie.

   - To miejsce Szamana – Aleksander, strażnik rezerwatu Bajkalsko-Leńskiego, wkłada palec do kubka z wódką. Krople alkoholu strząsa w cztery strony świata po to, by podziękować duchom za opiekę, w trakcie włóczęgi po tajdze.

   -  Jedni wierzą, drudzy nie. Ja tam wolę wierzyć! - mówi zagryzając wódkę ogórkiem.

   Nasza łódź, która przypomina pirogę, popychana jest siedmioma końmi mechanicznymi w górę rzeki. Silnik walczy z nurtem. Pokład obity jest aluminium.

   - Jest lekka, ale wywrotna - ostrzega mnie Aleksander.

   Stupięćdziesięciolitrowa beczka z benzyną stoi na środku łodzi. Sieroża, który towarzyszy ojcu w podróży oznajmia, że prawdziwa dzika przyroda zacznie się od Czanczur. Ja już teraz nie mogę nasycić się klimatem miejsca. Wysokie brzegi na trzysta metrów porośnięte są tajgą — lasami iglastymi, które wchodzą w rzekę. Woda płynie zakolami koryta. Jej dzikie piękno zdumiewa. Trzeba uważać, gdyż z wody wystają konary, porwane przez silny nurt rzeki. Po obu stronach brzegu, szereg kształtnych sosen i świerków czepiają się urwiska. Ostre bryły skalne zwisają nad rzeką. Wszystko to tworzy kompozycję dzikiej syberyjskiej przyrody.

   Jedną z pierwszych wypraw badawczych w rejon Przybajkala, była podjęta z inicjatywy Piotra Wielkiego, ekspedycja niemieckiego uczonego Daniela Gottlieba Messerschmidta. Powierzono mu prowadzenie prac kartograficznych. W końcu lata 1723 roku dotarł drogą Pendy do Leny. Stąd ruszył w górę rzeki, do Kaczug, a następnie saniami i pieszo do Bajkału. Notatki z wyprawy opublikowane zostały w 1786 roku przez P.S. Pallasa. Jeszcze do 1979 roku, niektóre z nich spoczywały w Archiwach Rosyjskiej Akademii Nauk.

   Zrywa się silny wiatr. Zaczyna padać deszcz. Przykrywam się kufajką. Na rzece tworzą się fale. Przemoczeni, ale szczęśliwi docieramy do Czanczur. Osada zamieszkała przez kilku myśliwych i pracowników parku Bajkalsko-Leńskiego, położona jest nad brzegiem Leny. Skupia kilka rosyjskich chatek na wykarczowanej polanie. Widok wszędzie ten sam. Drewniane syberyjskie domki z ozdobnymi balustradami. Pozbijane zardzewiałymi gwoździami płoty.  Z kominów wydobywa się dym. Psy szczekają na widok nowych gości. Dookoła osady znajduje się podmokły las, a przez to dość nieprzystępny. Niesamowitego wyglądu nadają tajdze brodaczki — pajęczynowate porosty, zawieszające się z gałęzi modrzewi. To tutaj zaczyna się rezerwat dzikiej przyrody Bajkalsko-Leńskiej. Powierzchnia rezerwatu obejmuje sto dwanaście kilometrów bajkalskiego wybrzeża, południową część pasm Gór Bajkalskich oraz rozległe, faliste obszary tajgi w górnym biegu Leny. Powstanie na tym terenie obszaru ściśle chronionego, związane było z postulatem zachowania unikalnych kompleksów przyrodniczych północno-zachodniego brzegu Bajkału. Żegnam się z Aleksandrem. Dalszą podróż będę kontynuował z innym „bradiagą”.

   - Zdrastwujcie - uśmiecha się syberyjski traper.

   Ściska moją dłoń niczym niedźwiedź swoją zdobycz. Czuję w niej olbrzymią siłę. Mój przewodnik, Władymir Pietrowicz Trapieznikow, jest typowym człowiekiem tajgi. Jak na człowieka lubiącego syberyjską głuszę gadatliwy. Ręce ma obdrapane od ciągłego rąbania drwa. Twarz osmagana górskim wiatrem.

   Mieszkańcy tajgi mają pogardliwy stosunek do cywilizowanego świata. Często podkreślają, że otwarte przestrzenie są ich domem, a miasto więzieniem bez krat. Twierdzą, że ludzie odcięci od przyrody potępiają tych, którzy żyją według ich reguł. To samo uważa mój nowo poznany „drug”.  Zajadamy się sałatką z białej kapusty i rybami z Leny, zaprawionymi zsiadłym mlekiem. Do tego mięso z łosia. Wszystko to popijamy wódką, która bez wątpienia jest wizytówką Syberii. Wieczorem przy aplauzie zebranych mieszkańców osady Alosza, przyjaciel Aleksandra, syna Władymira gra na gitarze kilka znanych standardów melodii rosyjskich Bułata Okudżawy i Wysockiego. Jedna z nich opowiada o życiu w Rosji. W Irkucku dyrekcja rezerwatu Bajkalsko-Leńskiego reklamowała Władymira jako wychowanka tajgi. Pięćdziesięcio siedmio letni mężczyzna ma coś z Jacka Londona. Na rozkładzie kilka niedźwiedzi syberyjskich. Jednego z nich dobił własnymi rękoma.

Następnego dnia rozpoczynamy wyprawę do źródeł rzeki Leny.

   - Dzierżyj, dzierżyj - krzyczy ochrypniętym głosem Władymir.

   Przywiązuje łódź do wystającego z wody olbrzymiego konara. Linka napina się jak struna wiolonczeli. Krypa utknęła w górnym biegu rzeki. Naniesione przez wodę pnie zagradzają wąskie koryto. Razem z Władymirem rąbię toporem olbrzymie drwa. Pomagamy sobie niewielką piłą. Drzewo spławiamy, by ułatwić żeglugę. Manewrowanie łódką na wartkim nurcie, omijanie pieriekatów – mielizn i nagromadzonych w zakolach rzeki pni wymaga dużej sprawności. W zależności od sytuacji przemieszczam się po pokładzie, by na zmianę dociążyć to dziób, to tył łodzi. Panujący półmrok na rzece rozświetlam czołówką. Dostrzegam w syberyjskiej knieji łosia. Wystraszone głośnym warkotem silnika kaczki wzbijają się do lotu. Podpływamy do zimowia – traperskiej chaty położonej w sercu podmokłej tajgi. Olbrzymie połacie lasu, bagna i torfowiska budzą we mnie lęk. Na pobliskim drzewie wiszą sieci na ryby. Dom zbudowany jest z olbrzymich syberyjskich świerków. Wyciosane z lasu drwa ułożone są w kształcie kwadratu. Chałupa uszczelniona jest mchem, który zatyka wszystkie szpary. Na wieszaku z poroża łosia wisi karabin. W środkowej części chaty króluje piecyk na drewno. W kącie leży zardzewiała, blaszana apteczka, cukier i sól. W domu unosi się upajająca woń młodych świeżo ściętych gałązek sosnowych. Z pod łóżka Władymir wyjmuje zapałki. Zapakowane są w szczelnynym woreczku. Do pieca wsadza suche drewna. Zawsze przed opuszczeniem zimowia trzeba narąbać drwa i zostawić je w chacie w celu osuszenia.

   - Nigdy nie wiadomo, kto będzie potrzebował ciepłego, bezpiecznego schronienia przed zimnem - wyjaśnia Władymir.  - Suche drzewo i zapałki to podstawowy element przetrwania w tajdze – dodaje.  Chata szybko się nagrzewa. Po piętnastu minutach przypomina rosyjską banie. Powietrze suche. Z trudem można oddychać. Syberyjscy traperzy mają wiele zwyczajów, od których nigdy nie odstępują. Jednym z nich jest nagrzewanie na noc zimowia do trudnych do wytrzymania temperatur, dla ochrony przed komarami.

   Łódź zostaje na brzegu nieżeglownej Leny. Nie musimy się obawiać, że ktoś może ją ukraść. W promieniu czterdziestu kilometrów nie ma żywej duszy. Idziemy wolno. Pokonujemy stopniowo kolejne kilometry. Woda chlupocze w butach. Przedzieram się ze stu litrowym plecakiem przez podmokłe łąki i bagna. Zgarbieni docieramy do potoku Sachar. Początkowo sądzono, że jedynym bogactwem Syberii są skóry zwierząt futerkowych. Później okazało się, że jest to kraina nieprzebranych bogactw naturalnych, chronionych przez surowy klimat i brak dróg. Jednak najbardziej Syberia zasłynęła ze stalinowskiego terroru. Fale deportacji doprowadziły do powstania setek łagrów zwanych gułagami. Przez prawie pięćdziesiąt lat rządów Stalina i jego następców, miliony zesłańców ginęły tu z głodu, zimna, chorób i wycieńczenia pracą. Polscy zesłańcy mimo trudnych warunków życia, zjednali sobie w tej części Syberii wielu przyjaciół.  Dolny odcinek trasy wiedzie nas przez wzgórza porośnięte tajgą. Później przez rozległe łąki pokryte krzaczastymi, niskim brzozami. Trekking robi się coraz trudniejszy. Codziennie przemierzamy piętnaście - dwadzieścia pięć kilometrów. Forsujemy rzekę Mały Anaj, która znaczy „Krzyk”. Rzeka dość głęboka, z silnym nurtem ze względu na intensywne opady. Władymir trzyma nad głową mój plecak ze sprzętem fotograficznym. Nie zdejmujemy odzieży ani butów. Znacznie bezpieczniej. Woda ma zaledwie parę stopni. Zanurzeni po pas, ostrożnie stawiamy kroki po śliskim gruncie. W przejrzystej wodzie dostrzegam lipienie. Pływają leniwie koło kamiennego dna.  Kolejny dzień mozolnej wędrówki niczym się nie rożni od poprzedniego. Przedzieramy się przez las zabłoconą, jelenią ścieżką. Klnę na swój ciężki plecak. Oczy mam opuchnięte ze zmęczenia. Twarz od ukąszeń komarów i bąków. Preparaty odstraszające moskity dawno się skończyły.

   Zajadamy się gryczaną kaszą. Szum tajgi uspakaja nasze zmęczone ciała. Księżyc rozświetla las. Władymir zdradza historię swego życiorysu.

   - Młodzieńcze lata spędziłem w Irkucku. Wstąpiłem do partii, aby zrobić karierę.

   - Ty uwidział wsio - zagaduje WłSyberia 2adymir.

   - Wszystkie chaty postawiłem własnymi „rukami”. W Czanczur wykopałem na siedem i pół metra głębokości studnię. Nie tylko dla mnie, ale również dla innych ludzi, którzy będą chcieli odpoczywać w syberyjskiej głuszy - dodaje traper. Tutaj jest mój dom - tłumaczy kładąc się na świerkowe łóżko Władymir.

   Droga pod górę jest długa i męcząca. Prowadzi wzdłuż potoku, który trzeba często przekraczać lub iść jego korytem. Przed nami rozpływają się kamieniste wododziały. Dodatkowym utrudnieniem są powalone drzewa. Po przejściu przez zarośla karłowatej limby docieramy na przełęcz. Z jednej strony rozciąga się widok na Płaskowyż Leńsko-Argański, z drugiej na kamienisty grzbiet Gór Bajkalskich. Stąd już niedaleko do źródeł Leny. W pobliżu położone jest górskie jezioro. Z przełęczy schodzimy po kamienistym urwisku. Władymir szturcha mnie w bok.  - Zobacz, stok Leny. Dostrzegam w niewielkiej dolinie kapliczkę. Zbudowana przez Władymira budka informuje, że źródła Leny znajdują się właśnie tutaj.

    - Krasiwa priroda - spoglądając na mnie uśmiecha się Władymir. Zapominamy o zmęczeniu jakie jeszcze parę minut temu nam towarzyszyło. Ogarnia mnie szczęście. Lena, trzecia pod względem długości rzeka Rosji płynie malutkim strumykiem koło mojego buta. Wypływa z niewielkiego jeziora, położonego na wysokości tysiąc czterystu dziewięćdziesięciu trzech metrów, na grzbiecie Gór Bajkalskich. Przepływa przez całą Syberię o łącznej długości cztery i pół tysiąca kilometrów. Uchodzi do Morza Łapietów, będącego częścią Morza Arktycznego. W syberyjskiej tundrze rozdziela się na sto pięćdziesiąt odnóg. Powierzchnia delty Leny ustępuje jedynie Missisipi i Amazonce. Stąd już tylko dwadzieścia kilometrów do zachodniego brzegu Bajkału, jeden dzień drogi. Droga do Bajkału ma być prostsza. Ale mam wrażenie, że błądzimy. Olbrzymie mgły, które przyszły znad Bajkału utrudniają wędrówkę. Wspinamy się w gęstej mgle wysoko w góry. Po siedmiu godzinach morderczej wędrówki Władymir, wytrawny traper oznajmia mi, że stracił orientację w terenie. Mgła ogranicza widoczność do dwóch metrów. Hulający, silny wiatr przenika nasze ciała. Uniemożliwia dalszą przeprawę przez góry. Podejmujemy decyzję, schodzimy w dół.  - Tu wysoko w górach czyha na nas śmierć - krzyczy Władymir. W tajdze przetrwamy, tutaj zginiemy - dodaje. Człowiek obyty z tajgą nie zginie nawet kiedy niedźwiedź zje mu wszystkie suchary - komentuje Władymir. Asortyment tajgi jest duży. Jagody, grzyby, borówki, czarna i czerwona porzeczka. Można przeżyć pod warunkiem, że jest to odpowiedni miesiąc. Traper z drzewa zdrapuje żywicę. Wzniecamy ognisko w celu ogrzania naszych zmarzniętych nóg i rąk.  Błądzimy po tajdze i dzikich górach od trzech dni. Wyciskam ze skarpet wodę. - Po co to robisz - ze zdenerwowaniem pyta mnie Rosjanin. - Zaraz znowu będziesz miał mokro w butach. W krótkich przerwach na odpoczynek zajadam się resztkami kakao. Ponowna wspinaczka w góry nie przynosi wyjścia z opresji. Władymir nie ma pojęcia gdzie się znajdujemy. G.P.S nie może złapać od paru dni satelity. Mgła, deszcz, silny wiatr tworzy kompozycję pogody nie do pokonania. Po raz pierwszy widzę w oczach syberyjskiego „rengera” zwątpienie. Chowamy się za dużą skałą od wiatru. 

 - Pogibli - załamanym głosem wyznaje syberyjczyk. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie mam sił, aby dalej forsować góry.

   - Stawaj, dasz radę! - krzyczy. Podnosi ręce do góry. Słońca, Boże daj nam słońca. Bóg chyba zesłał na nas nieszczęście - modląc patrzy się w zamglone niebo.

   - Widzisz, to Syberia -  uspakaja się na parę minut. Nawet Władymir Pietrowicz Trapieznikow może się zgubić - dodaje. Mobilizujemy resztki swoich sił wspomnieniami o wyprawie Magellana. On się nie poddał, my się też nie poddamy. Poklepujemy siebie po plecach. - Damy radę - oznajmiam Władymirowi. Schodzimy w puszczę. Przed nami wije się kolejna rzeka bez nazwy. Przewodnik jest daleko na przedzie. Szukam brodu. Nagle osuwam się po kamieniach, wpadam do wody. Moja odzież z polaretcu nasiąka wodą. Robi się tak ciężka, że z trudem mogę podnieść rękę. Na szczęście cały plecak mam opakowany w szczelny wór, a dokumenty w prezerwatywy, najlepszy środek wodoszczelny. Drżę z zimna. Dopada mnie myśl zagrożenia hipotermią. Rozrywam na strzępy podkoszulek. Robię sobie suche skarpety. Mimo kilkunastu minut spędzonych w lodowatej wodzie wieczorem nie mam nawet kataru. Władymir pociesza mnie, że jestem pierwszym podróżnikiem, który dotarł w te dzikie, nieznane nikomu rejony Przybajkala.  Rzeka, do której wpadłem nie jest naniesiona na żadnej mapie. Władymir też pierwszy raz ją widzi. Przy skromnej kolacji rosyjski wagabunda chrzci rzekę moim nazwiskiem. Wyprawa przemienia się w walkę o przetrwanie. Moja kurtka podczas suszenia się spaliła. Jedzenie się kończy. Wieczorem zbieram do menażki jagody. Władymir każe mi zostawić ciężki sprzęt fotograficzny. Zdecydowanie się sprzeciwiam. Tajga próbuje już drugi raz w moim życiu mnie zatrzymać. Kilka lat temu w Mongolii, kiedy tonąłem wraz z końmi w czeluściach ciemnego lasu. Teraz tutaj w syberyjskiej głuszy. I staje się cud. Słońce wzbiło się ponad chmury i oświetla dolinę, pokrytą białym szronem. Mgła się podniosła. Widoczność doskonała. Władymir rozpoznaje dzikie góry. - Pójdziemy przez tą przełęcz - pokazuje palcem. Idziemy tropem odchodów niedźwiedzia. Wreszcie po kilku dniach włóczęgi, natrafiamy na kolejne ślady. Ścięte drzewa pod ukos informują nas o bliskości bytowania człowieka.

   - To Wołodia, mój pracownik - oznajmia szczęśliwym głosem Władymir. Po chwili dodaje.

   -  Jego śladami dojdziemy do brzegów Bajkału. Przypomina mi się stara pieśń jaką śpiewał Czesław Niemen. „Do brzegów Bajkału wędrował zgarbiony włóczęga, wspomina swój dom”. Z zadumy wyrywa mnie głos Władymira.  - Patrz, Bajkał. W oddali jawi się nam majestatyczne jezioro. Wygląda jak diament oprawiony w wysokie góry. Będąc upojony szczęściem strażnik rezerwatu pyta mnie, czy czytałem książki Marka Twina i Jacka Londona. Oczywiście, wychowałem się na nich - odpowiadam. Właśnie przeżyliśmy przygodę w stylu ich powieści. Brakowało nam tylko złota - śmieje się Władymir Trapieznikow Pietrowicz.

   Wraca rzeczywistość. Smrodek benzyny i oleju napędowego to dla nas najwspanialsze perfumy, oznajmiające jedno – ludzkie siedliska. Wszystko to miesza się z rześkim powietrzem znad Bajkału.   Na brzegu syberyjskiego morza, zlokalizowana jest stacja metrologiczna Słoniecznaja. W kilku drewnianych chatkach mieszkają pracownicy naukowi parku. Miejsce, nazywane Pokojniki, znajduje się na terenie leśnictwa „Brzeg Burych Niedźwiedzi”. Nazwa ta nie jest bezpodstawna. Spotkanie z tym zwierzęciem nie jest tutaj rzadkością.

 

 

 

 

Strona wykonana przez