Marcin Gienieczko
This page is designed by everywhere-computing

Reportaże, publikacje

Fragment książki Marcina Gienieczko ,,Kierunek Północ”

Czas zatańczyć z wiatrem

Majac większą  wiedzę na temat przeprawy przez Góry Mackenzie czuje się  tym razem lepiej przygotowany. Przed wyjazdem dostaję od rodziców książkę ,,Pięć tygodni w balonie” Jules Verne'a z podwójną dedykacją:

 Niewielka awionetka ląduje na granicy Jukonu i Terytorium Północno-Zachodniego. To północne rubieże Kanady. Przede mną 350 kilometrów pieszej przeprawy przez góry Mackenzie. Rozkładam sprzęt. Spoglądam na olbrzymie przestrzenie. Dookoła  pustka. Cisza, że aż uszy bolą.

- Chcesz ten wózek przeciągnąć przez doliny i rzeki gór Mackenzie? - uśmiecha się 45-letni Indianin.

Ron Doctor jest oficerem Naturalnych Zasobów Środowiskowych. Pracuje dla rządu. Mieszka w niewielkiej chatce na 222. mili. To posterunek rządowy. Co trzy tygodnie wraca do Norman Wells. Na jego miejsce przylatuje inny kolega. Pilnuje od czerwca do połowy września, czy na tych pustkowiach nikt nie kłusuje. Liczy stada karibu. Notuje do swojego zeszytu nazwiska śmiałków, którzy chcą pokonać Canol Heritage Trail.       

Canol to legenda tam samo wielka jak złoto Klondike. Nazwa wzięła się od Canadian Oil. Podczas II wojny światowej Oddział Inżynieryjny Amerykańskiej Armii nadzorował budowę drogi i rurociągu prowadzących z pól naftowych w Norman Wells na Terytoriach Północno-Zachodnich do rafinerii w Whitehorse na Jukonie. Kiedy Japończycy zaatakowali instalacje naftowe na aleuckich wyspach Alaski, rząd amerykański postanowił bardziej zabezpieczyć się przed  najeźdźcami. Potrzebowano ropy, i to jak najbliżej Alaski. Olbrzymie złoża odkryto w rzece Mackenzie. Postanowiono przeciągnąć rurociąg przez samo serce dzikich gór. Pod koniec wojny rurociąg niestety zamknięto. Eksploatacja okazała się nieopłacalna. Produkcja w Whitehorse była bardzo kosztowna, dlatego w kwietniu 1945 roku, po niecałym roku od rozpoczęcia operacji, cały projekt został przerwany. Stalową rurę i większość sprzętu zabrano. W obecnych czasach w tym bardzo odległym i niedostępnym terenie górskim znaleźć można jeszcze fragmenty drogi, resztki niektórych budynków i wraki pojazdów, które tam pozostały. To fragmenty dawnej drogi to część szlaku, który ostatecznie przybrał nazwę Canol Heritage Trail i obecnie stanowi największe wyzwanie trekkingowe w północnej Kanadzie. 

Na niewielki wózek pakuję wszystko, co jest mi potrzebne do przetrwania w tych dzikich ostępach. Plecak, namiot, dwa niewielkie pontony, dwa wory z żywnością, kuchenki, siekierę, 100 metrów liny. Wózek to  stalowa, spawana konstrukcja. Aby uzyskać jak najniższą wagę, wykorzystałem rury cienkościenne. Zrezygnowałem z elementów aluminiowych, ponieważ tylko nieznacznie zmniejszyłyby wagę, a zdecydowanie osłabiły konstrukcję. Dyszle wykonane są ze stali nierdzewnej z możliwością odpięcia tak, aby ułatwić transport  w całości. Wózek ma koła 26-calowe, takie jak w rowerze górskim, ze wzmacnianymi obręczami przeznaczonymi do dużych obciążeń. Zamiast nakrętek zastosowane są szybkozłącza umożliwiające łatwe wypięcie kół do transportu lub do wymiany ogumienia. Tak zawieszona konstrukcja pozwoli mi na  swobodne omijanie wystających z ziemi kamieni i korzeni. Przede wszystkim dzięki tej  „rykszy” mogę zabrać więcej żywności. Tym samym  nie będę korzystał z pomocy z zewnątrz tak jak większość zdobywców Canol Trail.

W wyprawie towarzyszy mi Rupert Dook, 40-letni podróżnik z Yellowknife. Jest pół-Indianinem. Każdy z nas miał samotnie zdobywać Canol, lecz znaleźliśmy się w tym samym miejscu i tym samym czasie. Całkowity przypadek. Jakby to było nam przeznaczone. Postanowiliśmy połączyć siły i razem zdobyć legendarny Canol. Oprócz Ruperta idzie też jego partner David Arbeau.

Przecinam rzekę Tsichu. Koła wózka grzęzną pomiędzy kamieniami. Ciężar przechyla się  raz na jedną, raz na druga stronę. Ciężar całego sprzętu to około 70 kilogramów. Podchodzę pod strome wzniesienie. Wbijam mocno kijki w ziemię. Wózek podskakuje na kolejnym głazie  jak piłeczka pingpongowa. Przesuwają się worki z żywnością. Szarpię je. Jeden z worów spada do strumienia. Wózek traci równowagę. Przewraca się. Pękły  karabinki przyczepione do mojego pasa biodrowego. Na szczęście mam zapasowe. Moja uprząż na plecy jest wzięta z sanek na ekspedycje polarne. Ciągnę wózek, szelki przesunąłem z brzucha na biodra. Wtedy  nie czuję dużego wysiłku, ból jest mniejszy. Zapieram się nogami i powoli przechodzę kolejny strumień. Czuję duży opór, jakbym ciągnął dwa  wózki. Odwracam się. Przebita dętka! Przeciągnąłem wózek zaledwie 14 kilometrów, a już dwie awarie. Muszę wszystko rozładować. Zdemontować całą konstrukcję. Rupert kręci głową. On niesie cały dobytek na plecach. Na wyprawę zabrałem cały zestaw naprawczy jak do wypraw rowerowych. Klucze do szprych, oponę, kleje, łyżki do zakładania dętek. Wziąłem ich aż pięć. Po godzinnej  przerwie ryksza znowu jest na chodzie. Dookoła poza nami żywej duszy. Na czole pojawiają się pierwsze krople potu.

W tej chwili znajduję się wraz z Kanadyjczykami na 217. mili, mamy 80 kilometrów do Godlin Lakes.

Pokonałem już około 50 kilometrów trasy Canol Heritage Trail, znajduję się na przełęczy Caribou Pass, teraz zmierzam do Godlin Lakes, mam do pokonania rzeki Ekwi i Godlin. Kiedy ciągnę wózek, moje myśli są skupione nad każdym krokiem. Czuję ból w dużym palcu prawej stopy. Po ostatniej  wyprawie okazało się, że uszkodziłem nerw. Poprzez  klęczenie w kajaku. Palec wówczas był zgięty. Nie dochodziła regularnie krew. Teraz mam z nim problem. Kiedy uderzam butem o głazy, nie mam czucia. Palec puchnie. Zaciskam zęby. Napieram ponownie na kolejne wzniesienie. Czuję nacisk na kolana. Dyszle od wózka wbijają mi się w nerki. Uderzenia są tak mocne, że za chwilę zrobią mi dziurę w skórze. Rupert powędrował pierwszy. Zostałem w tyle. Słyszę, jak bije mi serce. Dookoła cisza i przestrzeń kanadyjskich gór. Dochodzę do chaty położonej w głębokiej dolinie. Drzwi wyglądają niczym jeż. Wystają dziesięciocentymetrowe gwoździe. Wszystko po to ażeby zgłodniały grizzly nie dostał się do wnętrza. Próbując walczyć z tak opancerzonymi drzwiami może się zniechcecić. To stary chwyt i zastosowanie kanadyjskich traperów.

            Za sobą mam przejście doliny rzeki Ekwi oraz Caribou Pass. Nad ranem czuję jakiś wewnętrzny niepokój. Cisza, jakby wszystko zamarło. Wychylam głowę z namiotu. W pobliżu niewielkiej rzeki przechodzi olbrzymi niedźwiedź. Jego głowa jest większa od dwóch piłek lekarskich. Jest jakieś 20 metrów od obozowiska. Zamieram. Próbuję odnaleźć w namiocie sprej pieprzowy i  pistolet  z racami. Jeżeli niedźwiedź się zbliży na 10 metrów, trzeba pryskać. Podobno odstraszy. Strach paraliżuje  moje ciało. Niedźwiedź  obwąchał obóz i odszedł w las. Już nie mogę spać.

Jestem 15 kilometrów od Godlin Lakes. Na szlaku Canol muszę się przeprawiać przez wezbrane rzeki Intga i Ekwi. Szlak ten należy do bardzo trudnych przepraw pieszych w Kanadzie. Jest to wyzwanie dla wprawionych globtroterów i podróżników. Najbardziej doświadczeni pokonują go w ciągu trzech tygodni. Najgorsze odcinki do pokonania to rzeki Twitya, Little Keele i Carcajou, które mają bardzo wartki nurt i są niebezpieczne.    

         Mijam kolejną stację pomp. Jest to jedna z pięciu stacji paliw zbudowana na trasie (szósta to rafineria w Norman Wells). Ta stacja została zbudowana w celu wydobywania ropy i przesłania jej poprzez Mackenzie Barrens. Dodatkowo zbudowano sześć obozów przydrożnych przy Canol, aby móc konserwować drogę i rurociąg. Wszystkie obozy i stacje paliw są  reliktami minionych czasów. Zastałem tutaj kilka zrujnowanych baraków z blachy falistej. Zastanawiam się, ilu ludzi straciło tu życie. Na Canol zostało ściągniętych 25 tysięcy  robotników. Indianom nie było wolno pracować, pozwolono tylko białym. Czerwonoskórzy byli przewodnikami w dzikich górach i pilotami na rzekach. W południowych Stanach pojawiły się wówczas ogłoszenia werbujące żądnych  przygód mężczyzn:

15 czerwca 1942. To nie jest piknik. Warunki pracy i życia są tak trudne, jak te
napotykane podczas dowolnych prac budowlanych kiedykolwiek wykonywanych w Stanach Zjednoczonych lub za granicą. Mężczyźni zatrudnieni do wykonania tej pracy będą musieli pracować i żyć w najbardziej ekstremalnych warunkach, jakie mogą sobie wyobrazić. Temperatura będzie się wahać od 90º powyżej zera do 70º poniżej zera. Ludzie będą musieli pokonać bagna, rzeki, lód i zimno. Komary, muchy, i gzy nie tylko będą irytujące,
ale mogą spowodować uszkodzenia ciała. Jeśli nie jesteś przygotowany do pracy w tych i podobnych warunkach, nie aplikuj.           
Bechtel – Price – Callahan

Przy budowie rurociągu zginęło wielu ludzi. Nie jest znana dokładna liczba, ale  wiadomo, że  kilkuset pracowników nabawiło się odmrożeń kończyn. Wracali do domów bez nóg czy rąk.  Wędrowali w rakietach śnieżnych, aby położyć kolejny odcinek rurociągu. Ich trud dobiegł wreszcie końca. 31  grudnia 1943 roku zetknęły się  północna i południowa część drogi. Tego dnia mężczyźni idący z południa i północy razem poczynili ostatni odcinek rurociągu. Popłynęła ropa.

    Przecinam rzekę Godlin w jej najwęższym miejscu. Rupert zakłada na siebie plecak. Zaciska wodery. Wysokie gumowce do bioder. Idę zanurzony po pas. Kanadyjczyk przytrzymuje  ryksze, ażeby się nie wywrócić pod wpływem uderzeń fal i kamienistego dnia. Ślizgam się po  kamieniach. Kijki drżą pod wpływem silnego nurtu. Przez ostatnie cztery dni codziennie leje. Tak jakbym stał pod rynną. Poziom wód w rzekach gór Mackenzie podniósł się o metr.

- Marcin spójrz na ten klif. Wygląda to tak, jakby tam  był szlak - spoglądamy  na góry.

Zeszliśmy ze szlaku. Musimy ponownie trawersować rzekę. Popełniliśmy błąd w nawigacji. Przestałem już zdejmować buty. Woda w nich chlupocze. Kiedy je zdejmuję, czuję odór stęchlizny. Skórę na stopach mam pomarszczoną. Pojawiają się pierwsze odciski. Co noc zasypuję je  pudrem, aby choć trochę zlikwidować wilgoć.           

Wciągam wózek pod kątem 45 stopni na kolejny klif. Ścieżka w tym miejscu ma zaledwie pół metra. Rupert przytrzymuje mój dobytek. Łapie się gałęzi, aby nie spaść w dół. Kamienie osuwają się pod nogami. Cienkościenne rurki wózka wbijają się w biodra. Próbują wywiercić dziurę. Zrobiłem zbyt małe rozszerzenie rurek, projektując ten wehikuł. Nie mam hamulca, więc wózek bez hamowania jedzie w dół. Między szprychy wchodzą kawałki drewna i blokują koła. W ostatniej chwili Rupert utrzymuje równowagę bagaży. Stąpam ostrożnie. Przed nami kolejne rumowisko. Jedna nieuwaga i wózek poleciałby w dół wraz ze mną. Prosto do rwącej rzeki.

            Dochodzimy do Ram Head Outfitters, dużego obozu łowieckiego nad jeziorem Godlin. 100 kilometrów trasy pokonane. Tutaj sezonowo mieszka 47-letni Stan Simpson, właściciel obozu wraz z żoną i dwiema córkami. Stan jest kowbojem i wytrawnym myśliwym. W Albercie niedaleko Edmonton trzyma 47 koni. Ze swoimi klientami przemierza konno dzikie pustkowia gór Mackenzie. Poluje z łukiem na owce Dalla.

Rupert odbiera swoją żywność. Ma tu pierwszy zrzut prowiantu, którego dokonał wcześniej, lecąc z Fort Simpson na granicę Jukonu.

- Za rzeką Twityą nie masz najmniejszych szans, ażeby dalej ciągnąć swój wózek. Tam są głazy narzutowe wielkości budki telefonicznej. Szlak jest zarośnięty. Są duże osuwiska i strome podejścia. Trudno znaleźć ścieżkę. Musisz zamienić wózek na plecak – mówi Stan.

- Od rzeki Twityi idę z plecakiem - tłumaczę, zagryzając mięso karibu.

-To dobrze, bo za Twityą zacznie się właściwa przygoda. Nie wiem, jak zrobicie przejście tej rzeki. Stan wody we wszystkich rzekach się podniósł. Musicie iść około trzech kilometrów w górę rzeki. Tam będą wyspy. Jeżeli nie będzie dużo wody, to powinniście sobie poradzić. Częściowo będziecie szli pod nurt, a później trzeba się rzucić w rzekę z plecakiem i   przepłynąć. W tym roku wystartowały tylko dwie ekspedycja. Wasza i  jeszcze trzyosobowa wyprawa z Edmonton. Są jakieś cztery dni przed wami. Powodzenia! - ściska nas na pożegnanie.

   Wpatruję się w las. Widzę coś szarego. Duży głaz? Nie, to olbrzymi grizzly, prawdopodobnie ten sam,  którego widziałem nad rzeką. Rupert jest jakie 10 metrów przed mną. Ma założone słuchawki od mp3. Wyjmuję niewielki pistolet. Strzelam. W górę leci jedna, druga  flara. Niedźwiedź olbrzymimi susami ucieka w las.

- Co się  stało? - dziwi się Kanadyjczyk.

- Człowieku, przed tobą był olbrzymi grizzly. Patrz przed siebie. Jakbyś był tak rozmarzony, wszedłbyś mu prosto przed pysk!

Od tego momentu jesteśmy bardziej ostrożni. Każdy z nas ma przy sobie naładowany pistolet z flarą i petardą. W dolinie niczym anakonda wije się rzeka Twitya. Dookoła gęsty świerkowy las. Tak dziko, że nie mogę tej wielkiej przestrzeni ogarnąć.

- Marcin, nie wiem, jak my ją pokonamy. Zobacz, jaka ona jest olbrzymia - kręci głową z niedowierzaniem Rupert.

 Twitya to prawie półmetek wyprawy. Za sobą mam osiem dni przeprawy z wózkiem - 160 kilometrów trasy. Rzeki na Canol to największe wyzwanie. Niegdyś były tu mosty. Teraz nie ma nawet po nich śladu. Właśnie się zastanawiamy, jak przekroczyć rwącą rzekę 150- metrowej szerokości. Pompujemy dwa pontony. Niestety jeden z nich jest przedziurawiony. Powietrze schodzi z sykiem. Został  nam jeden trzykomorowy ponton. Ma wyporność 100 kilogramów. Czyli na jedną osobę i jeden plecak. Zostawiam wózek. Wszystko przepakowuję do 100-litrowego plecaka. Teraz cały dobytek będę niósł na plecach. Około 32 kilogramów. Łączę ze sobą dwie 100-metrowe liny. Na wszelki wypadek przywiązuję do pontonu małą walizeczkę z telefonem satelitarnym. To jedyna forma wezwania pomocy w tych dzikich  pustkowiach. Idę wzdłuż rzeki. Szukam niewielkich wysepek, które dzielą główne koryto rzeki. Przeciągam ponton delikatnie po kamienistym podłożu. Wskakuję do niego. Wbijam wiosło w nurt rzeki. Jestem na głównym nurcie. Dziki wir okręca gumową łupinę. „Dalej, dalej”, krzyczę! Próbuję się przebić na spokojniejszy nurt, na pobliską wysepkę utworzoną ze żwirowatego nasypu. Kończy się lina. Napina się jak struna wiolonczeli. Ponton zatrzymuje się przez rwący nurt. Czuję mocne szarpnięcie. Jedno, drugie! Siła rzeki napiera na ponton. Lina, która jest przywiązana do mojego pasa biodrowego od pulek zimowych, wyrywa mnie z pontonu, który staje dęba. Raptownie obracam się do góry nogami. Łódka nabiera wody. Jednym chwytem łapię walizkę z telefonem satelitarnym. Kanadyjczyk zapiera się nogami. Ściąga mnie wraz z pontonem na brzeg. Lina ociera się o ostre jak brzytwa podwodne głazy. Te głazy w każdej chwili mogą ją przeciąć. Zanurzam się ponownie w wodzie. Dotykam gruntu pod nogami. Na dzisiaj dosyć. Na brzegu rozpalamy ognisko.

-Marcin, spróbuję jednak przekroczyć rzekę. Może mi się uda. - Rupert nerwowo przywiązuje się liną. Spogląda na wartki nurt. Przed nim męcząca i denerwująca operacja.

Jego ramiona pracują jak robot. Macha z wściekłością. Jest blisko niewielkiej wyspy. Znowu lina się kończy. Napina się. Trzask! Pęka jak nitka. Rzeka znosi ponton na główny nurt. „Dobijaj, dobijaj!”, krzyczę ochrypniętym głosem. Rupert wyrwał się z głównego nurtu. Znalazł się w tak zwanym martwym nurcie. Rzeka tutaj nie płynie z dużą prędkością. Ostatnimi siłami chwyta się gałęzi. Niewiele brakowało, a popłynąłby w dół rzeki, teraz dygocze z zimna. Twitya się broni. To była jego trzecia próba. Dave spróbował tylko raz. Doszedł do połowy koryta i silny nurt uniemożliwił mu dalsze przejście. Wystraszony zrezygnował.

   Kolejny dzień to ponowna próba przekroczenia rzeki. Tym razem idę brodem pod  nurt. Kijki drżą pod naporem wody. Raptownie zapadam się po pas. Silny nurt. Tracę równowagę. Wycofuje się. To  już drugi dzień walki z rzeką. Przy moim  ekwipunku, aparatach i  kamerze  oraz telefonie satelitarnym. nie jestem w stanie przepłynąć z plecakiem. Każdy dzień walki to  dzień stracony. Zabraknie nam żywności.

-Co robimy, Marcin? zagaduje Rupert. - Nic nam nie zostaje, jak wezwać pomoc. Stan może przyleci swoim niewielkim helikopterem. Tylko w taki sposób przy tym stanie wody możemy przedostać się na drugi brzeg.

Wieczorem rozmawiam ze Stanem. Nad ranem słyszymy warkot silnika. Myśliwy ląduje swoim dwuosobowym  helikopterem.

 -Dobrze, że żyjecie. Poziom wody w tym roku jest dość wysoki. Nie wy pierwsi mieliście problem z tą rzeką. Dwa lata temu grupa kanadyjskich żołnierzy musiała wezwać pomoc z Norman Wells, ażeby przetransportować ich na drugą stronę rzeki – dodaje.

Kolejny dzień to obijanie kolan. Przeskakuję z głazu na głaz.

  Jestem 15 kilometrów za Twityą, którą pokonałem z pomocą z zewnątrz. Jestem już bardzo zmęczony, straciłem sporo na wadze ze względu na ciężkie warunki panujące na trasie. Do pokonania mam jeszcze około 180 kilometrów. Na szlaku jest dużo niedźwiedzi grizzly, trzeba być czujnym i bardzo uważać. Teraz mam przed sobą odcinek do Devil's Pass i Bolstead Creek.          

Każdy strumień przypomina rwącą rzekę. Idziemy w kanionie po olbrzymich głazach. Trudno znaleźć szlak, wszystko rozmyte przez rzeki. Słońce od czasu do czasu przebija się przez skłębione chmury. Każdy promień słońca Rupert wykorzystuje na doładowanie swoich baterii. Na plecaku ma rozłożony solar słoneczny, taki rodzaj ładowarki. Mój puchowy śpiwór przestał grzać. Pod wpływem wilgoci puch się zbrylił i stracił właściwości grzewcze. Mimo że początkowo ważył kilogram, teraz stał się ciężki niczym kamień. Przy tych  warunkach jest  jak gąbka. Wciąga każdą kroplę, która  jest w namiocie.  W nocy zrobiło się zimno, około zera stopni, wkładam na siebie wszystko, co mam. Śpię w kalesonach, polarze i czapce. Bardzo bolą mnie ramiona. Być może mam źle rozłożony ekwipunek w plecaku.

Gdzie jest słońce? - Może w Norman Wells - śmieje się Rupert. Na domiar złego zaczyna ponownie padać. Tym razem śnieg z deszczem. Wędrówka robi się coraz  trudniejsza. Głazy w kanionie Devil's Pass nie ułatwiają przeprawy. Stopy mam poobijane. Szelki od plecaka wrzynają się w ramiona przy każdym stromym podejściu. Zastanawiam się, jak 65 lat temu mogły tędy przejechać samochody. Przedzieram się przez krzaki. Z ledwością odnajdujemy niewielką ścieżkę, która przecina kolejną rzekę. Punktem orientacyjnym są dwa spróchniałe słupy telegraficzne i jedna rura - pozostałość po rurociągu. W trakcie całej operacji budowy Canol Road wydano 300 milionów dolarów. Przeciągnięto 9 tysięcy rur i 1600 kilometrów linii telefonicznych. To ostatnie pozostałości po Canol Road.

Schodzimy do Trout Creek. Rupert rzuca do niewielkiej rzeczki żyłkę z haczykiem. Po trzech minutach wyciąga sześciokilogramowego szczupaka, po kolejnych dwóch minutach kolejny okaz. Tym razem większy - około ośmiu kilogramów. Dzisiaj mamy więc zmianę w menu. Rzeki w Kanadzie to raj dla wędkarzy, nie trzeba długo czekać na zdobycz. Na deser zajadamy się jagodami. W sierpniu jest ich  tak dużo, że można najeść się do syta.

 14 sierpnia dochodzimy do 108 mili. To przełomowy punkt na szlaku. Z tego miejsca do Norman Wells jest 150 kilometrów. Większość zdobywców Canol Trail ma tutaj zrzuty żywności. Rupert też ma tutaj kolejny depozyt - karton żywności liofilizowanej. Mój plan zdobycia Canol polegał na tym, żeby nie mieć zrzutów żywności. Transport wszystkiego jest bardziej uciążliwy, ale daje mi większą niezależność. Wózek to doskonałe  logistyczne rozwiązanie zdobycia Canol. Przynajmniej w pierwszej fazie marszu.

Szlak jest kamienisty, na niektórych odcinkach zniszczony przez duże obsunięcia głazów. Po przejściu zwalonych kamieni jest duży problem z określeniem, gdzie biegnie szlak po drugiej stronie rumowiska. W dalszym ciągu pogoda zmienna, deszczowo i zimno.

W niewielkim budynku okrytym z blachy falistej stoi sześć łóżek. Drzwi są obite 10- centymetrowymi gwoździami na zewnątrz. To na wypadek, kiedy niedźwiedź będzie chciał wejść do środka. Kiedy zwierzę się porani, zwiększy się możliwość, że zniechęci się do wejścia.

Niewielki piec na środku  ogrzewa chatę. Robi się jak w saunie. Znajduję mięso w puszce, trochę benzyny  i książkę o survivalu w języku polskim! Żeby było śmieszniej, jest to taka sama książka, jaką przerabiałem parę lat temu, przed wyprawą zimową do Kanady – Podręcznik survivalu autorstwa Petera Darmana. Poradnik dla poszukiwaczy przygód. Jest bardzo wyblakła, więc ktoś musiał ją zostawić dawno temu. Czyżby ktoś z Polski szedł Canol Trail?

  Próbuję odnaleźć jakiś wpis na ścianach. Przybywający podróżnicy wypisują na  nich swoje przeżycia. Niektórzy przelali swój strach i depresję. Odnajduję wpis francuskiego maszera, Nicolasa Vaniera, który prawdopodobnie jako pierwszy pokonał zimą psim zaprzęgiem North Canol, w towarzystwie siedmiu skuterów, które ubijały mu szlak: Zima 98/99 2 stycznia, temp. -51 stopni. Dla upamiętnienia i dowodu mojego pobytu  wpisuję długopisem datę mojego  postoju: 14 sierpnia 2008. Każdy będzie mógł ten wpis później odnaleźć. Jest to rodzaj dokumentacji i potwierdzenia, że tu dotarłem.

Jestem na 82. mili. Rozpoczynam dziś żmudne podejście na Pola Abrahama pod kątem 45 stopni. W czasie przeprawy przez rumowiska skalne pękła mi podeszwa w bucie trekkingowym, ale prowizorycznie ją zakleiłem. Mam obtarte stopy, kończą mi się racje śniadaniowe, wkrótce pozostanie mi tylko obiadowa żywność liofilizowana. Do Norman Wells jeszcze około 130 kilometrów. Według opisu z mapy mam mieć dobry szlak na Polach Abrahama. Podchodzę pod strome podejście na Pola Abrahama. Zabieram dwie litrowe butelki z wodą Na płaskowyżu nie ma żadnego strumienia. Nie ma tu nic poza litą skałą. Czuję się jak na powierzchni Księżyca. Gęsta mgła zasłania wszystko. Z ledwością widzę, co jest pod nogami. Pogoda się pogarsza. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Przechodzę rwący potok zanurzony po pas. Idę dnem po rozrzucanych głazach.  Czuję, jak kostnieją mi dłonie. Dochodzę do  rzeki Keele. Ogrzewam się w rozwalonej, spróchniałej chacie. Teraz już wiem, że zimą samotnie nie  miałem szans, aby przejść Canol.   Jestem przy rzece Keele. Wczoraj spadł śnieg, jest około 0 stopni, cały czas pochmurno, pada deszcz ze śniegiem. Przeszedłem 10 kilometrów szlaku Polami Abrahama. Do Norman Wells mam około 100 kilometrów. Przeglądam uważnie mapę. Patrzę na GPS. Nie mogę znaleźć obejścia Blue Mountain. Nie chcemy iść korytem rzeki Keele. Postanawiamy wspiąć się na Blue Mountain i obejść rozległe rozlewiska Keele. Podobno gdzieś jest  tutaj niewielka ścieżka. Tylko gdzie? Od trzech godzin idziemy korytami strumieni. Odnajdujemy szpaler wierzb w jesiennych kolorach rosnących na zboczu.  -Najprawdopodobniej rosną wzdłuż szlaku - komentuje Rupert. Idę niczym objuczony wielbłąd. Każdy krok wymaga dużego wysiłku. Nagle ścieżka się kończy. Widać ją jakieś 15 metrów dalej, ale fragment szlaku obsunął się wraz z częścią zbocza na dół doliny. Śliskie kamienie utrudniają podejście. Jesteśmy na wysokości 1345 metrów. Dwie minuty odpoczynku i ponownie w górę. Znowu nie ma ścieżki ani jakiegokolwiek punktu odniesienia. Schodzimy do lasu. Tam jest cieplej. Można rozpalić ognisko. Zdrapuję żywicę ze świerków. Dzięki niej szybko rozpalamy ognisko. Czuję olbrzymi głód w żołądku. Kończy się jedzenie  i paliwo. Nie ma już porcji śniadaniowych. Nowe dziurki w pasku  robię co sześć dni. Chudnę w oczach. Przestała liczyć się droga, zaczął liczyć się cel. Przede mną kolejne wyzwanie szybko płynąca  rzeka Keele River. Na drugim brzegu stoi chatka. Nasze schronienie na noc. Jej widok wzmaga pragnienie, żeby już tam być. Szukam brodu – najwęższego miejsca z płytką wodą. Woda ma zaledwie trzy stopnie. Zakładam plecak. Wbijam kijki w rwący nurt. Rupert szuka innego miejsca na przejście. Idę pod prąd. Uderzenie lodowatej wody wzmaga moje chęci pokonania rzeki. Zanurzam się coraz głębiej. Ledwo podnoszę nogę. Nie mogę się odwrócić. Buty wypełnione wodą stają się coraz cięższe. Znalazłem się na środku rzeki. Coraz bliżej widzę drugi brzeg. Jestem jakieś cztery metry od niewielkiej wysepki. Stawiam nogę na kamieniu. Trach! Olbrzyma fala uderza mnie w bok, w twarz. Przewracam się. Spieniony nurt mnie porywa. Ciężki plecak nasiąka wodą. Płynę na plecach. Nie mogę zrobić żadnego ruchu. Mam zapięty pas biodrowy, który przesunął mi się na klatkę piersiową. Z trudem mogę złapać oddech. Zachłystuję się. Woda wlewa się do  dziurek w nosie. Nie mam gruntu pod nogami. Masy wody obejmują mnie, szarpią. Plecak ponownie znalazł się pod wodą! Zaczyna mnie ogarniać panika. Woda wydaje się dość ciepła, ale wiem, że to złudzenie - rezultat wychłodzenia organizmu. -Marcin, dasz radę. Dasz! Krzyczę sam do siebie aby się podbudować. Widzę w oddali Ruperta. Kanadyjczyk patrzy bezradnie, jak spieniony nurt niesie mnie z dziką wściekłością. Krzyczę ponownie ochrypniętym głosem: „Help, help!”, jakby to miało w czymś mi pomóc. W takich momentach można tylko samemu być dla siebie wybawcą. Biorę głęboki oddech. Plecak znów wywinął kozła! Kijki porwała rzeka. Uderzam kolanami w podwodną skałę. Po raz trzeci plecak znalazł się pod wodą.  Próbuję płynąć, jednak nie daję rady. Czuję się jak na krawędzi życia. Chcę sięgnąć po nóż, który mam przy pasie. Muszę odciąć plecak, inaczej zginę. Przede mną zakole rzeki. Ponownie uderzam kolanami o głazy. Tracę czucie w nogach, dłoniach. Słabnie całe ciało. Woda traci impet. Nogi przesuwają się po kamienistym podłożu. Czuję grunt. To niewielka łacha piaskowa ukryta pod powierzchnią rzeki. Wybijam się nogami resztką sił. Udało się! Leżę twarzą zwróconą w kierunku nieba. 10 metrów przede mną rzeka spada do kanionu. Woda płynie tam niczym w wąskim przełyku. Jest ściśnięta  wysokimi na 100 metrów skalnymi ścianami. Drżę z zimna. Rupert przywiązuje linę do dużej kłody drewna. Idzie z nią jakieś 100 metrów w górę rzeki. Rzuca ją na środek  bystrzy.

-Marcin,  złap ją, złap! - krzyczy. Ściągam linę do siebie. Mój kompan pod naporem rwącej rzeki wyciąga mnie na swoją stronę. Padam ledwo żywy. Rupert skrapia benzyną suche drzewo. Bucha ogień. Najchętniej wskoczyłbym do ogniska, tak mi zimno. Ściskam Ruperta, mojego wybawcę. Sam bym nie dał rady. Nie tym razem. Cały sprzęt zniszczony. Baterie zalane, kasety od kamery również. Nad ranem znajdujemy spokojniejsze miejsce. Przywiązani do siebie trawersujemy rzekę.

     Dzisiaj jest 21 sierpnia. Rupert wchodzi na największe wzniesienie. Dostrzega nasz punkt orientacyjny – jezioro Canol. Pozostało nam do Norman Wells około 80-70 kilometrów według GPS. Jestem zmęczony, ale liczy się cel, czyli dotarcie do końca trasy. Niesamowite widoki górskie na przepastne kaniony rzek rekompensują mi zmęczenie. Mam przed sobą jeszcze piękny kanion rzeki Dodo i rzekę Carcajou. Co raz wolniej idę. Pada deszcz. Plecak nasiąkł wodą. Jest bardzo ciężki. Wydaje mi się, że mam pięćdziesiąt kilogramów na plecach.

Do celu, czyli do rzeki Carcajou został mi już tylko dzień marszu. Jest w dalszym ciągu wilgotno i mokro, pada deszcz z małymi przerwami, temperatura nie za wysoka. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i jutro ukończę wędrówkę.

Po 24 dniach przeprawy korytami rzek, kanionów, przez tajgę, bagna, mokradła, grzbiety górskie od granicy z Jukonem do   rzeki Carcajou, przeszedłem góry Mackenzie.

Strona wykonana przez